Sunday, March 28, 2004
Jestem już w Polsce - od razu to widać, chociażby po "polskich ogonkach" w tekście! Jestem tak wyczerpany, że od razu idę spać (spałem łącznie 4 godziny przez ostatnie dwie doby)...
Friday, March 26, 2004
Jest piatek w nocy, za dwadziescia minut bedzie sobota. W sobote wylatuje do Polski. I tyle... bo nic madrego tu teraz nie napisze :-)
Moze dopiero po powrocie?
Moze...
Moze dopiero po powrocie?
Moze...
Cholera, zapomnialem wyciagnac zdjecia znad Niagary z aparatu - a juz mialem wychodzic z domu ;-)
Nareszcie sie wyspalem. Dzis w zasadzie zegnam sie z Toronto, bo jutro nie zostanie mi na to duzo czasu... Panicznie przeraza mnie tylko to, ze od poniedzialku bede wstawal do pracy o godz. 24.00 i zaczynal ja o 1.30. Minie przeciez caly tydzien, zanim sie przestawie!
Thursday, March 25, 2004
Nie wiem po prostu jakim cudem jeszcze jestem w stanie siedziec przy komputerze...
Spalem dzis tylko 3 godziny zeby sie dostac na poranny autokar do Nowego Jorku. Oplacilo sie - bylem sidomy w kolejce i wiedzialem juz ze na pewno nie zabraknie dla mnie miejsca (kierowca wpuszcza do autokaru tylko ok. 50 osob - ograniczenie wynika z ilosci siedzen). Gdybym przyszedl jakies pol godziny pozniej to najprawdopodobniej musialbym czekac ponad godzine na kolejny autokar, bo tyle osob pojawilo sie nagle na terminalu.
Po trwajacej ok. 1,5 godziny podrozy wysiadlem z kilkoma osobami w Niagara Falls, a autobus przejechal przez graniczny most do Stanach Zjednoczonych, aby dalej kierowac sie do Nowego Jorku.
Pogoda byla "bezsloneczna", ale przyjemna z powodu braku deszczu i wysokiej temperatury: ok. 12. st. C. Po zmudnym dreptaniu przez cale miasteczko Niagara Falls, przy stale narastajacym ryku Niagary (slyszalna jest podobno z kilku kilometrow - nie wiem, jak tu mozna mieszkac!) dotarlem do Rainbow Bridge - stalowego mostu slynacego ze wspanialych teczowych lukow tworzacych sie w jego poblizu. Oczywiscie z powodu braku slonca nie bylo mowy o zadnych teczach...
Nastepnie poszedlem wzdluz spienionego nurtu rzeki podziwiajac caly czas doskonale juz widoczny American Fall czyli amerykanska czesc Niagary. Wodospad ten robi piorunujace wrazenie - huk wody, szybkosc i sila z jaka przetacza sie i klebi jest po prostu hipnotyzujaca! Nalezy tu dodac, ze American Fall jest ponad dwukrotnie mniejszy od kanadyjskiej czesci Niagary czyli Horseshoe Falls (nazwa pochodzi od jego ksztalu przypominajacego podkowe).
American Fall ma 320 m szerokosci, a Horseshoe Falls ma az 800 m szerokosci i 50 m wysokosci. Trudno zreszta, nawet znajac te dokladne wymiary, wyobrazic sobie wyglad obu tych wodospadow...
Mgla, ktora tworzy sie z rozbijanej wsciekle o skaly i lod wody, jest przenoszona przez podmuchy wiatru na nadbrzeze. W efekcie czego w promieniu trzystu metrow wokol wodospadu po prostu pada deszcz! Zima, przy niskiej temperaturze, nie jest to moze zabawne, ale jakaz radosc musi to sprawiac w srodku letniego, upalnego dnia...
Dla Niagary zima bynajmniej sie nie skonczyla. Na rzece i wzdluz jej koryta pietrza sie kry lodowe, a same wodospady sa rowniez biale, pelne ogromnych blokow lodu unieruchomionych pomiedzy skalami. Caly ten pejzaz wyglada po prostu bajkowo! W przewodnikach Pascala oraz Wiedzy i Zycie przeczytalem zreszta, ze Niagara najpiekniej wyglada wlasnie zima. Do pelni wrazen brakowalo mi tylko osniezonych drzew i oczywiscie slonca.
Zimowa aura ma jednak pewne ograniczenia. Na kazdym kroku w systemie sciezek i deptakow wokol wodospadu widoczne sa tabliczki "przejscie zamkniete w sezonie zimowym", czesc z nich ginie zreszta w ponad metrowych warstwach sniegu i lodu. Co wiecej - kry lodowe sa gnane z taka predkoscia przez nurt rzeki, ze wbijaja sie w nadbrzeze i czesto przekraczajac barierki. Ponadto rejsy stateczkami Maid of the Mist (kursujacymi pod sama Niagare) zaczynaja sie dopiero pozna wiosna i zamkniete sa tez przejscia "po drugiej stronie" wodospadu - czyli pomiedzy skala, a splywajaca z niej woda (sciana wody podobna jest tak gruba w niektorych miejscach, ze calkowicie zaslania dostep swiatla).
Na szczescie moglem pojsc wzdluz rzeki ponad Niagare zobaczyc barke The Old Scow, ktora w 1918 r. rozbila sie na mieliznie kilkaset metrow przed progiem wodospadu. Poszedlem rowniez troche dalej i dzieki temu moglem obejrzec polaczony z rzeka maly, zamarzniety staw z mnostwem halasliwego ptactwa. Glowna atrakcja byl jednak wjazd kolejka na slynna Skylon Tower - 180 metrowa wieze wybudowana specjalnie do obserwowania Niagary. Wokol wodospadu jest co prawda jeszcze kilka innych punktow, platform i wiez obserwacyjnych, ale zadne z nich nie dorownuje lokalizacja, wysokoscia i efektownoscia dostarczanych wrazen wiezy Skylon.
Kiedy totalnie wyczerpany wracalem juz na dworzec autobusowy zajrzalem jeszcze do kasyna, ktorym obudowano kilka starych, zabytkowychkamieniczek - to atrakcja, ktora nie jest opisywana w zadnym przewodniku turystycznym, ale dowiedzialem sie o niej od Michala. Dzieki, warto bylo!
Tak, dzis znowu przeszedlem kawal drogi.
Zasypiam juz na siedzaco (naprawde!), pomimo, ze dochodzi dopiero 20.00....
----------------------------------
Bardzo nie lubie odbierac niepodpisanych e-maili... Sa takie... oschle?
Spalem dzis tylko 3 godziny zeby sie dostac na poranny autokar do Nowego Jorku. Oplacilo sie - bylem sidomy w kolejce i wiedzialem juz ze na pewno nie zabraknie dla mnie miejsca (kierowca wpuszcza do autokaru tylko ok. 50 osob - ograniczenie wynika z ilosci siedzen). Gdybym przyszedl jakies pol godziny pozniej to najprawdopodobniej musialbym czekac ponad godzine na kolejny autokar, bo tyle osob pojawilo sie nagle na terminalu.
Po trwajacej ok. 1,5 godziny podrozy wysiadlem z kilkoma osobami w Niagara Falls, a autobus przejechal przez graniczny most do Stanach Zjednoczonych, aby dalej kierowac sie do Nowego Jorku.
Pogoda byla "bezsloneczna", ale przyjemna z powodu braku deszczu i wysokiej temperatury: ok. 12. st. C. Po zmudnym dreptaniu przez cale miasteczko Niagara Falls, przy stale narastajacym ryku Niagary (slyszalna jest podobno z kilku kilometrow - nie wiem, jak tu mozna mieszkac!) dotarlem do Rainbow Bridge - stalowego mostu slynacego ze wspanialych teczowych lukow tworzacych sie w jego poblizu. Oczywiscie z powodu braku slonca nie bylo mowy o zadnych teczach...
Nastepnie poszedlem wzdluz spienionego nurtu rzeki podziwiajac caly czas doskonale juz widoczny American Fall czyli amerykanska czesc Niagary. Wodospad ten robi piorunujace wrazenie - huk wody, szybkosc i sila z jaka przetacza sie i klebi jest po prostu hipnotyzujaca! Nalezy tu dodac, ze American Fall jest ponad dwukrotnie mniejszy od kanadyjskiej czesci Niagary czyli Horseshoe Falls (nazwa pochodzi od jego ksztalu przypominajacego podkowe).
American Fall ma 320 m szerokosci, a Horseshoe Falls ma az 800 m szerokosci i 50 m wysokosci. Trudno zreszta, nawet znajac te dokladne wymiary, wyobrazic sobie wyglad obu tych wodospadow...
Mgla, ktora tworzy sie z rozbijanej wsciekle o skaly i lod wody, jest przenoszona przez podmuchy wiatru na nadbrzeze. W efekcie czego w promieniu trzystu metrow wokol wodospadu po prostu pada deszcz! Zima, przy niskiej temperaturze, nie jest to moze zabawne, ale jakaz radosc musi to sprawiac w srodku letniego, upalnego dnia...
Dla Niagary zima bynajmniej sie nie skonczyla. Na rzece i wzdluz jej koryta pietrza sie kry lodowe, a same wodospady sa rowniez biale, pelne ogromnych blokow lodu unieruchomionych pomiedzy skalami. Caly ten pejzaz wyglada po prostu bajkowo! W przewodnikach Pascala oraz Wiedzy i Zycie przeczytalem zreszta, ze Niagara najpiekniej wyglada wlasnie zima. Do pelni wrazen brakowalo mi tylko osniezonych drzew i oczywiscie slonca.
Zimowa aura ma jednak pewne ograniczenia. Na kazdym kroku w systemie sciezek i deptakow wokol wodospadu widoczne sa tabliczki "przejscie zamkniete w sezonie zimowym", czesc z nich ginie zreszta w ponad metrowych warstwach sniegu i lodu. Co wiecej - kry lodowe sa gnane z taka predkoscia przez nurt rzeki, ze wbijaja sie w nadbrzeze i czesto przekraczajac barierki. Ponadto rejsy stateczkami Maid of the Mist (kursujacymi pod sama Niagare) zaczynaja sie dopiero pozna wiosna i zamkniete sa tez przejscia "po drugiej stronie" wodospadu - czyli pomiedzy skala, a splywajaca z niej woda (sciana wody podobna jest tak gruba w niektorych miejscach, ze calkowicie zaslania dostep swiatla).
Na szczescie moglem pojsc wzdluz rzeki ponad Niagare zobaczyc barke The Old Scow, ktora w 1918 r. rozbila sie na mieliznie kilkaset metrow przed progiem wodospadu. Poszedlem rowniez troche dalej i dzieki temu moglem obejrzec polaczony z rzeka maly, zamarzniety staw z mnostwem halasliwego ptactwa. Glowna atrakcja byl jednak wjazd kolejka na slynna Skylon Tower - 180 metrowa wieze wybudowana specjalnie do obserwowania Niagary. Wokol wodospadu jest co prawda jeszcze kilka innych punktow, platform i wiez obserwacyjnych, ale zadne z nich nie dorownuje lokalizacja, wysokoscia i efektownoscia dostarczanych wrazen wiezy Skylon.
Kiedy totalnie wyczerpany wracalem juz na dworzec autobusowy zajrzalem jeszcze do kasyna, ktorym obudowano kilka starych, zabytkowychkamieniczek - to atrakcja, ktora nie jest opisywana w zadnym przewodniku turystycznym, ale dowiedzialem sie o niej od Michala. Dzieki, warto bylo!
Tak, dzis znowu przeszedlem kawal drogi.
Zasypiam juz na siedzaco (naprawde!), pomimo, ze dochodzi dopiero 20.00....
----------------------------------
Bardzo nie lubie odbierac niepodpisanych e-maili... Sa takie... oschle?
Wstalem juz, jest 5.17 AM, sprobuje dostac sie nad ta Niagare...
Wednesday, March 24, 2004
Wieczorem pojechalismy z Agata metrem do stacji Islington, gdzie umowieni bylismy z Jackiem - Polakiem, ktory w Kanadzie siedzi juz mniej wiecej tyle co Agata. Poszlismy do pubu, gdzie czas spedzilismy na rozmowach o Kanadzie, Kanadyjczykach i Polakach w Kanadzie. Ogolny wniosek jest taki: kazda obca nacja w Kanadzie trzyma sie razem, tylko Polak Polakowi "noge podklada". Wnioskow i tematow bylo zreszta wiecej, ale nie sposob je tu teraz (noc ze srody na piatek, godz. 00.07) zrelacjonowac. Bylo milo, ale jutro powinienem wstac przed 5.00, zeby jechac do miasteczka Niagara Falss - wiadomo chyba w jakim celu... Wyjatkowo mi sie jakos nie chce, wiec decyzje podejme pewnie tuz przed zasnieciem. Ide spac, najwyzsza pora...
-----------------------
W glowie mi caly czas brzeczy tutejsze, slyszane chyba sto razy codziennie:
"Hello, how are you?"
-----------------------
W glowie mi caly czas brzeczy tutejsze, slyszane chyba sto razy codziennie:
"Hello, how are you?"
Przepraszam wszystkich zainteresowanych. Ze zdjeciami znowu dzis nie wypali - nie jestem w stanie sie wyrobic z czasem... trudno, w najgorszym razie umieszcze je po powrocie...
I co z tego, ze jest +9 st., jak leje caly dzien tak intensywnie, ze az jest ciemno...
Jedyne pocieszenie, ze jest sroda - a wiec cotygodniowa wielka promocja w Burger Kingu na Whoppers'y... Przynajmniej sobie pojadlem...
Pogoda ma sie jutro jeszcze bardziej pogorszyc - bedzie co prawda nieco cieplej, ale jeszcze wiecej opadow. A jutro mialem jechac nad Niagare!
:-(
Chyba musze sobie zaczac powtarzac: "Always look on the bright side of life..."
Jedyne pocieszenie, ze jest sroda - a wiec cotygodniowa wielka promocja w Burger Kingu na Whoppers'y... Przynajmniej sobie pojadlem...
Pogoda ma sie jutro jeszcze bardziej pogorszyc - bedzie co prawda nieco cieplej, ale jeszcze wiecej opadow. A jutro mialem jechac nad Niagare!
:-(
Chyba musze sobie zaczac powtarzac: "Always look on the bright side of life..."
Pozno juz, wiec pora wyruszac na dalsze zwiedzanie Toronto!
Montreal, wtorek, 23 marca 2004 r.
=====================================
Teraz krotko, bo czas ucieka - a trzeba zwiedzac dalej Toronto i kupic na jutro bilet autobusowy.
Wtorek nie przypominal bezchmurnego poniedzialku, slonca wcale nie bylo, ale temperatura na szczescie zauwazalnie sie podniosla. Ustal tez wiatr, wiec byly powody do radosci. Cieplo oczywiscie nadal nie bylo (temperatura na oko wynosila ok. -5), ale juz moglem w miare stabilnie trzymac aparat i kamere w rece.
Wyruszylem w kierunku starego portu, po drodze jeszcze raz zajrzalem do chinskiej dzielnicy i bazyliki Notre-Dame, potem Courthause, Montreal City Hall, uliczki Vieux-Port, Marche Bonsecours Market, budynek Biosphere (EXPO'67), wieza portowa Tour de l'Horloge, budynek kina Panasonic-IMAX, Palais de Congres du Montreal, McGill University. Kiedy chodzilem po Uniwersytecie zaczal intensywanie padac snieg, a poniewaz zblizala sie godzina wyjazdu na lotnisko, wiec powoli zaczalem kierowac sie juz do stacji metra. Kiedy przesiadalem sie do autobusu byla to niemal burza sniezna. Nic to jednak z tym co rozpetalo sie po dotarciu na lotnisko. Po plycie startowej bezustannie krazyly tam i z powrotem wielkie plugi sniezne. Widocznosc byla moze na 20 metrow, a moj samolot wylecial z 40 minutowym opoznieniem. Zauwazylem tez, ze niemal wszyscy pasazerowie samolotu tuz przed startem przezegnali sie...
Do Toronto dolecielismy 19.40. Przepiekna noc, ani sladu sniegu, a temperatura +1 st. Nareszcie w domu!
=====================================
Teraz krotko, bo czas ucieka - a trzeba zwiedzac dalej Toronto i kupic na jutro bilet autobusowy.
Wtorek nie przypominal bezchmurnego poniedzialku, slonca wcale nie bylo, ale temperatura na szczescie zauwazalnie sie podniosla. Ustal tez wiatr, wiec byly powody do radosci. Cieplo oczywiscie nadal nie bylo (temperatura na oko wynosila ok. -5), ale juz moglem w miare stabilnie trzymac aparat i kamere w rece.
Wyruszylem w kierunku starego portu, po drodze jeszcze raz zajrzalem do chinskiej dzielnicy i bazyliki Notre-Dame, potem Courthause, Montreal City Hall, uliczki Vieux-Port, Marche Bonsecours Market, budynek Biosphere (EXPO'67), wieza portowa Tour de l'Horloge, budynek kina Panasonic-IMAX, Palais de Congres du Montreal, McGill University. Kiedy chodzilem po Uniwersytecie zaczal intensywanie padac snieg, a poniewaz zblizala sie godzina wyjazdu na lotnisko, wiec powoli zaczalem kierowac sie juz do stacji metra. Kiedy przesiadalem sie do autobusu byla to niemal burza sniezna. Nic to jednak z tym co rozpetalo sie po dotarciu na lotnisko. Po plycie startowej bezustannie krazyly tam i z powrotem wielkie plugi sniezne. Widocznosc byla moze na 20 metrow, a moj samolot wylecial z 40 minutowym opoznieniem. Zauwazylem tez, ze niemal wszyscy pasazerowie samolotu tuz przed startem przezegnali sie...
Do Toronto dolecielismy 19.40. Przepiekna noc, ani sladu sniegu, a temperatura +1 st. Nareszcie w domu!
Montreal, poniedzialek, 22 marca 2004 r.
=====================================
Na lotnisku w Toronto dotarlem nocnym autobusem 307 jadacym o godz. 4.00 AM z mojej ulicy - Eglinton. Razem ze mna jechalo sporo osob do pracy, chyba wiec przestane juz narzekac wstajac w dni robocze o godz. 6.00...
Do Montrealu dotarlem zaledwie w godzine samolotem McDonnel-Douglas 80 linii lotniczych "JETS GO". Pierwszy raz lecialem maszyna, w ktorej po lewej stronie sa dwa, a po prawej trzy rzedy siedzen. Dodatkowych emocji dodawal fakt, ze McDonnel-Douglasy to jedne z najbardziej awaryjnych samolotow na swiecie - jak jednak widac pomimo tylu katastrof lotniczych lataja nadal. Podobno winna jest ich konstrukcja: silniki umieszczone sa na ogonie, pod statecznikami poziomymi, a nie jak w Boeingach czy Airbusach - silniki pod glownymi skrzydlami samolotu.
Widoki nad Montrealem byly cudowne - cale miasto widac bylo jak na dloni (rozpoznalem nawet czesc atrakcji turystyczncyh). Niebo bylo calkowice bezchmurne, wszystko tonelo w sniegu i promieniach slonca. Po wyladowaniu dosc szybko okazalo sie jednak, ze temperatura jest bardzo, bardzo niska, a system komunikacji miejskiej w Montrealu nie dorownuje TTC z Toronto. TTC czyli Toronto Transit Commission nie bez powodu uznawane jest za jeden z najlepszych systemow na swiecie. Cala sprawe dojazdu z lotniska do cetrum dodatkowo komplikowal przykry (oczywiscie dla mnie) fakt, ze wszelkie mozliwe napisy sa na ogol wylacznie w jezyku francuskim. Dzieki rozmowom z dosc zyczliwymi tubylcami udalo mi sie jednak dotrzec do centrum. Mialem tu nawet spora satysfakcje - moj angielski byl znacznie, znacznie lepszy (znacznie bardziej "angielski") niz ich. Jak sie pozniej okazalo, mialo tak byc juz do konca mojego pobytu w Montrealu.
W centrum Montrealu szybko odnalazlem moj hotel Econo Lodge, ktory zarezerwowalem dzien wczesniej przez Internet. Zostawilem bagaze i juz ok. 10.00 ruszylem zwiedzac miasto.
Na pierwszy ogien poszly Olimpic Park i Jardin Botanique de Montreal znajdujace sie na obrzezach miasta. Oczywiscie w parku olimpijskim nie omieszkalem wjechac na Montreal Tower czyli mierzaca 175 m, najwyzsza na swiecie pochyla wieza wybudowana nad stadionem olimpijskim i z ktorej rozciaga sie wspaniala panorama calego Montrealu (widocznosc podobno siega 80 km). Potem odwiedzilem wystawe "Najwyzsze budowle swiata", obejrzalem pozostale obiekty olimpijskie i ogrod botaniczny Jardin, a nastepnie ruszylem do centrum miasta historyczna rue Shembrooke.
Zaczalem od Place des Artes (kompleks sal koncertowych i teatralnych) i Musee d'art Contemporian, potem Chinatown, Basilique Notre-Dame-de-Montreal, nastepnie Vieux-Port i muzeum archeologiczne Pointe-a-Calliere.
Potem przenioslem sie do "nowej" dzielnicy finanswej: biurowce (w tym World Trade Center), Cathedrale Marie-Reine-du-Monde, a na koniec Undeground City - chyba najwiekszy na swiecie, ponad 30-kilometrowy podziemny kompleks wielopietrowych pasazy handlowych, wzdluz ktorych umieszczone sa sklepy, restauracje, hotele, kina, sale koncertowe, galerie sztuki i stacje metra...
Do hotelu wrocilem po 21.00. Czulem sie jakbym od rana zwiedzal Grenlandie, a co wiecej - i nawet tak wygladalem ;-)
--------------------------------------------------------------------------
Niestety - brakuje mi francuskich czcionek, wiec niektorym nazwom brakuje "ogonkow".
=====================================
Na lotnisku w Toronto dotarlem nocnym autobusem 307 jadacym o godz. 4.00 AM z mojej ulicy - Eglinton. Razem ze mna jechalo sporo osob do pracy, chyba wiec przestane juz narzekac wstajac w dni robocze o godz. 6.00...
Do Montrealu dotarlem zaledwie w godzine samolotem McDonnel-Douglas 80 linii lotniczych "JETS GO". Pierwszy raz lecialem maszyna, w ktorej po lewej stronie sa dwa, a po prawej trzy rzedy siedzen. Dodatkowych emocji dodawal fakt, ze McDonnel-Douglasy to jedne z najbardziej awaryjnych samolotow na swiecie - jak jednak widac pomimo tylu katastrof lotniczych lataja nadal. Podobno winna jest ich konstrukcja: silniki umieszczone sa na ogonie, pod statecznikami poziomymi, a nie jak w Boeingach czy Airbusach - silniki pod glownymi skrzydlami samolotu.
Widoki nad Montrealem byly cudowne - cale miasto widac bylo jak na dloni (rozpoznalem nawet czesc atrakcji turystyczncyh). Niebo bylo calkowice bezchmurne, wszystko tonelo w sniegu i promieniach slonca. Po wyladowaniu dosc szybko okazalo sie jednak, ze temperatura jest bardzo, bardzo niska, a system komunikacji miejskiej w Montrealu nie dorownuje TTC z Toronto. TTC czyli Toronto Transit Commission nie bez powodu uznawane jest za jeden z najlepszych systemow na swiecie. Cala sprawe dojazdu z lotniska do cetrum dodatkowo komplikowal przykry (oczywiscie dla mnie) fakt, ze wszelkie mozliwe napisy sa na ogol wylacznie w jezyku francuskim. Dzieki rozmowom z dosc zyczliwymi tubylcami udalo mi sie jednak dotrzec do centrum. Mialem tu nawet spora satysfakcje - moj angielski byl znacznie, znacznie lepszy (znacznie bardziej "angielski") niz ich. Jak sie pozniej okazalo, mialo tak byc juz do konca mojego pobytu w Montrealu.
W centrum Montrealu szybko odnalazlem moj hotel Econo Lodge, ktory zarezerwowalem dzien wczesniej przez Internet. Zostawilem bagaze i juz ok. 10.00 ruszylem zwiedzac miasto.
Na pierwszy ogien poszly Olimpic Park i Jardin Botanique de Montreal znajdujace sie na obrzezach miasta. Oczywiscie w parku olimpijskim nie omieszkalem wjechac na Montreal Tower czyli mierzaca 175 m, najwyzsza na swiecie pochyla wieza wybudowana nad stadionem olimpijskim i z ktorej rozciaga sie wspaniala panorama calego Montrealu (widocznosc podobno siega 80 km). Potem odwiedzilem wystawe "Najwyzsze budowle swiata", obejrzalem pozostale obiekty olimpijskie i ogrod botaniczny Jardin, a nastepnie ruszylem do centrum miasta historyczna rue Shembrooke.
Zaczalem od Place des Artes (kompleks sal koncertowych i teatralnych) i Musee d'art Contemporian, potem Chinatown, Basilique Notre-Dame-de-Montreal, nastepnie Vieux-Port i muzeum archeologiczne Pointe-a-Calliere.
Potem przenioslem sie do "nowej" dzielnicy finanswej: biurowce (w tym World Trade Center), Cathedrale Marie-Reine-du-Monde, a na koniec Undeground City - chyba najwiekszy na swiecie, ponad 30-kilometrowy podziemny kompleks wielopietrowych pasazy handlowych, wzdluz ktorych umieszczone sa sklepy, restauracje, hotele, kina, sale koncertowe, galerie sztuki i stacje metra...
Do hotelu wrocilem po 21.00. Czulem sie jakbym od rana zwiedzal Grenlandie, a co wiecej - i nawet tak wygladalem ;-)
--------------------------------------------------------------------------
Niestety - brakuje mi francuskich czcionek, wiec niektorym nazwom brakuje "ogonkow".
Tuesday, March 23, 2004
--------------------------------------------------------------------------------
wlasnie tutaj juz jutro bedzie dokladna relacja z Montrealu...
wlasnie tutaj juz jutro bedzie dokladna relacja z Montrealu...
Ze zdjeciami jest rzeczywiscie maly poslizg, ale obiecuje, ze jutro sprobuje cos tutaj umiescic! Oczywiscie uzupelnie tez blog o dokladna relacje z Montrealu - miasta, o ktorym Mark Twain powiedzial: "w Montrealu nie ma jak rzucic cegla, zeby nie trafic w kosciol"... Przesadzil, ale tylko troche ;-)
Wlasnie wrocilem z Montrealu - caly i zdrowy.
Mimo to, pierwszy dzien mojego pobytu w Montrealu (nota bene przepieknym miescie) bede wspominal jako jeden z najgorszych dni w moim zyciu. Nie, nic mi nie jest, po prostu bylo tak przerazliwie zimno w polaczeniu z huraganowym wiatrem, ze... nawet nie probuje tego teraz opisac! Wystarczy sobie tylko wyobrazic, ze tam jest srodek zimy: pelno sniegu, w poludnie bylo -15 st. (zaloze sie, ze popoludniu temperatura spadla do co najmniej -20 st.!), a wiatr sie stale wzmagal - niektore podmuchy podrzucaly i przewracaly nielicznych obecnych na ulicach ludzi. Bylem ledwo zywy i nie pamietam czy kiedys juz tak przemarzlem. Lazilem po tym Montrealu i w kolko glosno przeklinalem - m.in "fuckin' Montreal!"... Chyba nigdy tego nie zapomne... Twarz mialem jak befsztyk, stracilem calkowicie czucie w palcach, mialem sople na wasach i brodzie, wydychane powietrze przypominalo dym z parowozu, a para wodna z tego oddechu osadzala sie na okularach natychmiast zamarzajac, a poza tym wydawalo mi sie, ze na glowie mam nie czapke, ale sitko...
Ale zobaczylem wszystko - plan zrealizowany w 100%!
I'm so :-)
Mimo to, pierwszy dzien mojego pobytu w Montrealu (nota bene przepieknym miescie) bede wspominal jako jeden z najgorszych dni w moim zyciu. Nie, nic mi nie jest, po prostu bylo tak przerazliwie zimno w polaczeniu z huraganowym wiatrem, ze... nawet nie probuje tego teraz opisac! Wystarczy sobie tylko wyobrazic, ze tam jest srodek zimy: pelno sniegu, w poludnie bylo -15 st. (zaloze sie, ze popoludniu temperatura spadla do co najmniej -20 st.!), a wiatr sie stale wzmagal - niektore podmuchy podrzucaly i przewracaly nielicznych obecnych na ulicach ludzi. Bylem ledwo zywy i nie pamietam czy kiedys juz tak przemarzlem. Lazilem po tym Montrealu i w kolko glosno przeklinalem - m.in "fuckin' Montreal!"... Chyba nigdy tego nie zapomne... Twarz mialem jak befsztyk, stracilem calkowicie czucie w palcach, mialem sople na wasach i brodzie, wydychane powietrze przypominalo dym z parowozu, a para wodna z tego oddechu osadzala sie na okularach natychmiast zamarzajac, a poza tym wydawalo mi sie, ze na glowie mam nie czapke, ale sitko...
Ale zobaczylem wszystko - plan zrealizowany w 100%!
I'm so :-)
Sunday, March 21, 2004
Dzis udalo mi sie kupic we FlightCentre w centrum handlowym Eaton Centre bilet lotniczy "last minute" do Montrealu. Lece tam jutro o 7.00, wracam do Toronto we wtorek wieczorem. Musze wstac o 3.00, aby dotrzec na lotnisko. Wariactwo!
Poza tym w domu handlowym SEARS w Eaton Centre spotkalismy Krzysztofa Kolbergera (na stoisku ze spodniami), 10 minut pozniej na poziomie pietro nizej w sklepie z obuwiem spotkalismy Marie Pakulnis. Z obojgiem zamienilismy pare slow - wyszlo to calkiem milo i naturalnie.
Pora spac, kolejna relacja dopiero we wtorek poznym wieczorem...
Poza tym w domu handlowym SEARS w Eaton Centre spotkalismy Krzysztofa Kolbergera (na stoisku ze spodniami), 10 minut pozniej na poziomie pietro nizej w sklepie z obuwiem spotkalismy Marie Pakulnis. Z obojgiem zamienilismy pare slow - wyszlo to calkiem milo i naturalnie.
Pora spac, kolejna relacja dopiero we wtorek poznym wieczorem...
Dodalem licznik odwiedzin (szkoda, ze wpadlem na to dopiero teraz).
W nocy zerwal sie huraganowy wiatr. Podmuchy byly tak gwaltowne, ze az okna sie trzesly. Wieje zreszta nadal, odrobine tylko slabiej. Nie wiem co z dzisiejszym zwiedzaniem... Kanadyczycy tez juz chyba maja dosc zimna. Wystarczy bowiem tylko kilka godzin slonca w ciagu dnia, a juz na ulicach pojawiaja sie licznie osoby w okularach przeciwslonecznych, panie w sandalach i z golymi nogami, panowie w koszulkach z krotkim rekawem, kierowcy samochodow jezdza z calkowicie opuszczonymi szybami - i wszystko to mimo temperatury zaledwie kilka stopni powyzej zera! Najdziwniejsze jest to, ze nawet gdy slonce zniknie, cale niebo zasnute bedzie chmurami, a nawet zacznie proszyc drobny sniezek - to i tak jeszcze nastepnego dnia widzi sie dalej tych "przywolywaczy wiosny". Najbardziej zabawne bylo chyba to, jak po slonecznym poranku i bardzo pochmurnej i deszczowej reszczie dnia zobaczylem tego samego popoludnia motorniczego metra w... okularach przeciwslonecznych! Jak widac - zbiorowe szalenstwo.
A na razie czas na sniadanie...
A na razie czas na sniadanie...
Saturday, March 20, 2004
Wrocilismy z Mississaugi z Polskiego Centrum Kultury. Przedstawienie OK. To po prostu niewyobrazalne, ilu jest Polakow w Kanadzie - cala sala byla pelna! Czulem sie dosc dziwnie - jestem daleko od Polski, na innym kontynencie, a tu nagle wokol mnie sami "rodacy". Cudzyslow jest nieprzypadkowy - przeciez ogromna czesc z nich to juz ludzie z kanadyskim obywatelstwem...
Wyjezdzajac z Mississaugi zatrzymalismy sie jeszcze w tamtejszym "Tim Horton's" (to taka kanadyjska siec malych, przytulnych kawiarni). Posiedzielismy tam chwile, po czym dosc szybko sie ewakuowalismy, bo przyjechali... polscy dresiarze!!! Wygolone lby bez szyi, zlote lancuchy, dresy, biale buty i totalna tepota na twarzach. Fuck, nawet tutaj to cholerstwo dociera!
Rano troche pojezdzilem po Toronto metrem - po tych okolicach, w ktorych do tej pory jeszcze nie bylem. To troche tak z ciekawosci, nie z potrzeby zobaczenia atrakcji turystycznych (ktore w tych dzielnicach po prostu nie istnieja). Toronto jest rzeczywiscie ogromne, wrecz przerazajaco wielkie dla nowych przybyszy, ale ciesze sie ogromnie, bo zrobilo sie dla mnie niemal "znajome". Centrum miasta, mimo ze jest bardzo rozlegle, mam juz calkowicie opanowane, podobnie przylegle dzielnice. Robi sie to niebezpieczne, bo zaczynam sie w Toronto czuc jak u siebie i takze podoba mi sie tu coraz bardziej...
Toronto ma dwie glowne ulice: Yonge i Bloor. Pierwsza prowadzi z polnocy miasta na poludnie, az do samego jeziora, druga lezy na osi wschod-zachod. Obie sa potwornie dlugie, obie maja tez diametralnie inny charakter. Wzdluz Yonge (ktora chyba jest nawet dluzsza od Bloor) ciagnie sie historycznie pierwsza linia metra. Duzo jest na niej malych sklepikow, o roznej estetyce, asortymencie i cenach. Sa tu zadbane sklepy "firmowe" oferujace odziez, perfumy, sprzet rtv/agd czy komputery, sa tez obskurne sklepiki z wszelkim mozliwym dziadostwem. Przykuwa zwlaszcza uwage bardzo duza ilosc sex-shopow, i to zarowno w formie malych, "zapyzialych" sklepikow, jak i wielkich supermarketow erotycznych. Co ciekawe wielokrotnie idac Yonge widzialem wchodzacych do nich ludzi - pary, osoby samotne obojga plci, mlodych, ale i takze naprawde zaawansowanych wiekiem. Widac wyraznie, ze istnienie tych sklepow nie wzbudza zadnych emocji, sa pelnoprawnym skladnikiem krajobrazu Toronto. Na Yonge widac poza tym duze ilosci osob biednych i bezdomnych. Czesc z nich prosi o datki - nie pisze tu "zebrze", bo nie ma w tym nic z nachalnosci, z ktora spotyka sie czlowiek w Polsce. W calym dramacie wypisanym na twarzach tych brudnych, wychudzonych ludzi jest jednak jakas pokora, a jednoczesnie to charakterystyczne kanadyjskie dobre wychowanie, szacunek dla innych ludzi i dla prawa. Widzialem np. bezdomna kobiete jadaca na starym, rozsypujacym sie rowerze obladowanym calym jej dobytkiem. Jechala zgodnie z przepisami: tuz przy chodniku, zatrzymujac sie na licznych swiatlach i przed znakiem STOP - i w specjalnym rowerowym kasku na glowie... Szokujace jest to, jak bardzo wyraznie widac, ze wszyscy ci biedni i bezdomni to nie sa narkomani czy alkoholicy. Niektorzy siedza z ksiazka w dloni, inni przytulaja i otulaja szmatami trzesacego sie z zimna psa, jeszcze inni z zadziwiajacym spokojem po prostu spia w jakims starym, dziurawym spiworze na srodku ruchliwego chodnika. To najczesciej po prostu najprawdziwsza bieda w najczystszym wydaniu, w centrum tak bogatego miasta.
Nota bene - pijanych ludzi widzialem w Toronto tylko raz. Bylo to dwoch "zalanych w trupa" mezczyzn wzajmemnie sie "prowadzacych". Kiedy zaczeli cos wzajemnie do siebie belkotac mimowolnie i irracjonalnie odwocilem wzrok od nich w inna strone. To byli Polacy, of course!
Prostopadla do Yonge, przecinajaca ja w centrum Toronto ulica Bloor to inny swiat. Swiat bankow, luksusowych sklepow, ekskluzywnych restauracji, komfortowych hoteli. Tu rzadko zapuszcza sie bezdomny, tu nawet chodniki sa inne - lepsze, drozsze, gladsze - przystosowane do drogich butow eleganckich pan i panow spotykanych tu na kazdym kroku. Bloor jest bardzo czysta, niemal sterylna i chyba przez to wszystko malo prawdziwa. Wole raczej Yonge - te mieszanine kontrastow, bogactwa i biedy, wole jej prawdziwosc i naturalnosc.
Dochodzi pierwsza w nocy z soboty na niedziele. Pora juz konczyc dzisiejsze relacje. Dobranoc wszystkim - w Polsce i w Kanadzie.
Wyjezdzajac z Mississaugi zatrzymalismy sie jeszcze w tamtejszym "Tim Horton's" (to taka kanadyjska siec malych, przytulnych kawiarni). Posiedzielismy tam chwile, po czym dosc szybko sie ewakuowalismy, bo przyjechali... polscy dresiarze!!! Wygolone lby bez szyi, zlote lancuchy, dresy, biale buty i totalna tepota na twarzach. Fuck, nawet tutaj to cholerstwo dociera!
Rano troche pojezdzilem po Toronto metrem - po tych okolicach, w ktorych do tej pory jeszcze nie bylem. To troche tak z ciekawosci, nie z potrzeby zobaczenia atrakcji turystycznych (ktore w tych dzielnicach po prostu nie istnieja). Toronto jest rzeczywiscie ogromne, wrecz przerazajaco wielkie dla nowych przybyszy, ale ciesze sie ogromnie, bo zrobilo sie dla mnie niemal "znajome". Centrum miasta, mimo ze jest bardzo rozlegle, mam juz calkowicie opanowane, podobnie przylegle dzielnice. Robi sie to niebezpieczne, bo zaczynam sie w Toronto czuc jak u siebie i takze podoba mi sie tu coraz bardziej...
Toronto ma dwie glowne ulice: Yonge i Bloor. Pierwsza prowadzi z polnocy miasta na poludnie, az do samego jeziora, druga lezy na osi wschod-zachod. Obie sa potwornie dlugie, obie maja tez diametralnie inny charakter. Wzdluz Yonge (ktora chyba jest nawet dluzsza od Bloor) ciagnie sie historycznie pierwsza linia metra. Duzo jest na niej malych sklepikow, o roznej estetyce, asortymencie i cenach. Sa tu zadbane sklepy "firmowe" oferujace odziez, perfumy, sprzet rtv/agd czy komputery, sa tez obskurne sklepiki z wszelkim mozliwym dziadostwem. Przykuwa zwlaszcza uwage bardzo duza ilosc sex-shopow, i to zarowno w formie malych, "zapyzialych" sklepikow, jak i wielkich supermarketow erotycznych. Co ciekawe wielokrotnie idac Yonge widzialem wchodzacych do nich ludzi - pary, osoby samotne obojga plci, mlodych, ale i takze naprawde zaawansowanych wiekiem. Widac wyraznie, ze istnienie tych sklepow nie wzbudza zadnych emocji, sa pelnoprawnym skladnikiem krajobrazu Toronto. Na Yonge widac poza tym duze ilosci osob biednych i bezdomnych. Czesc z nich prosi o datki - nie pisze tu "zebrze", bo nie ma w tym nic z nachalnosci, z ktora spotyka sie czlowiek w Polsce. W calym dramacie wypisanym na twarzach tych brudnych, wychudzonych ludzi jest jednak jakas pokora, a jednoczesnie to charakterystyczne kanadyjskie dobre wychowanie, szacunek dla innych ludzi i dla prawa. Widzialem np. bezdomna kobiete jadaca na starym, rozsypujacym sie rowerze obladowanym calym jej dobytkiem. Jechala zgodnie z przepisami: tuz przy chodniku, zatrzymujac sie na licznych swiatlach i przed znakiem STOP - i w specjalnym rowerowym kasku na glowie... Szokujace jest to, jak bardzo wyraznie widac, ze wszyscy ci biedni i bezdomni to nie sa narkomani czy alkoholicy. Niektorzy siedza z ksiazka w dloni, inni przytulaja i otulaja szmatami trzesacego sie z zimna psa, jeszcze inni z zadziwiajacym spokojem po prostu spia w jakims starym, dziurawym spiworze na srodku ruchliwego chodnika. To najczesciej po prostu najprawdziwsza bieda w najczystszym wydaniu, w centrum tak bogatego miasta.
Nota bene - pijanych ludzi widzialem w Toronto tylko raz. Bylo to dwoch "zalanych w trupa" mezczyzn wzajmemnie sie "prowadzacych". Kiedy zaczeli cos wzajemnie do siebie belkotac mimowolnie i irracjonalnie odwocilem wzrok od nich w inna strone. To byli Polacy, of course!
Prostopadla do Yonge, przecinajaca ja w centrum Toronto ulica Bloor to inny swiat. Swiat bankow, luksusowych sklepow, ekskluzywnych restauracji, komfortowych hoteli. Tu rzadko zapuszcza sie bezdomny, tu nawet chodniki sa inne - lepsze, drozsze, gladsze - przystosowane do drogich butow eleganckich pan i panow spotykanych tu na kazdym kroku. Bloor jest bardzo czysta, niemal sterylna i chyba przez to wszystko malo prawdziwa. Wole raczej Yonge - te mieszanine kontrastow, bogactwa i biedy, wole jej prawdziwosc i naturalnosc.
Dochodzi pierwsza w nocy z soboty na niedziele. Pora juz konczyc dzisiejsze relacje. Dobranoc wszystkim - w Polsce i w Kanadzie.
Niesamowite! Spotkalem dzis w metrze rodzine turystow-Kanadyjczykow, ktorzy przyjechali zwiedzac Toronto, a z ktorymi rozmawialem wczoraj - rowniez w metrze. "Holly day!" zawolal na moj widok senior rodziny. Chwile porozmawialismy, dzis wybierali sie na CN Tower. Szkoda, ze maja pogode do bani...
Dzis pojechalem na Queen Street, w strone East, polazilem po kilku ciekawych sklepach. Ogromna frajde mialem zwlaszcza w jednym z nich, "Henry's" - wielkim sklepie fotograficznym. Bylo tam wszystko - aparaty cyfrowe, analogowe, lustrzanki, stary i legedarny juz sprzet: Rollei, Leica, Zorki :-) Takiego sklepu w Polsce jeszcze nie widzialem!
Na Queen Street, w strugach deszczu, zrobilem tez kilka zdjec. Widoki niesamowite, szkoda tylko, ze autofocus w moim cyfraku nie jest taki jak w mojej analogowej lustrzance. Przegapilem jedno z najlepszych ujec w zyciu. Niestety! Nad bezdomnym spiacym na srodku chodnika, na kratowanej plycie od metra (czuc stamtad zawsze cieple powietrze) przelatywal bialy golab. Najgorsze, ze juz trzymalem aparat w rece i ustawialem ostrosc. Czegos mi brakowalo w kadrze... no i nagle pojawil sie ten golab! Idealne dopelnienie kompozycji... Szkoda, moze lustrzanka bym zdazyl?
A teraz powoli sie zbieramy do Mississaugi do teatru. Zobaczymy co sie serwuje kanadyjskiej Polonii...
Dzis pojechalem na Queen Street, w strone East, polazilem po kilku ciekawych sklepach. Ogromna frajde mialem zwlaszcza w jednym z nich, "Henry's" - wielkim sklepie fotograficznym. Bylo tam wszystko - aparaty cyfrowe, analogowe, lustrzanki, stary i legedarny juz sprzet: Rollei, Leica, Zorki :-) Takiego sklepu w Polsce jeszcze nie widzialem!
Na Queen Street, w strugach deszczu, zrobilem tez kilka zdjec. Widoki niesamowite, szkoda tylko, ze autofocus w moim cyfraku nie jest taki jak w mojej analogowej lustrzance. Przegapilem jedno z najlepszych ujec w zyciu. Niestety! Nad bezdomnym spiacym na srodku chodnika, na kratowanej plycie od metra (czuc stamtad zawsze cieple powietrze) przelatywal bialy golab. Najgorsze, ze juz trzymalem aparat w rece i ustawialem ostrosc. Czegos mi brakowalo w kadrze... no i nagle pojawil sie ten golab! Idealne dopelnienie kompozycji... Szkoda, moze lustrzanka bym zdazyl?
A teraz powoli sie zbieramy do Mississaugi do teatru. Zobaczymy co sie serwuje kanadyjskiej Polonii...
Dobra wiadomosc - sciagnalem troche softu do obrobki zdjec i transmisji na FTP, wiec moze sie mi uda zamiescic w trakcie weekendu jakies fotki... Poza tym uzupelnie troche to co do tej pory napisalem...
And that's all, see you next time ;-)
And that's all, see you next time ;-)
Jest sobota rano - obudzili mnie rodzice telefonem. Pogoda za oknem deszczowa. Szkoda, ujecia kamera i aparatem beda przez to trudniejsze ;-( Poza tym niezbyt milo jest moknac...
Dobrze, ze ludzie sa tacy mili. Kanadyjczycy sa jak skandynawowie: mili, grzeczni, usmiechnieci. Wystarczy przypadkiem spotkac sie z kims wzrokiem, a od razu usmiecha sie, mowi "hi!" - niezaleznie czy jest to mloda dziewczyna, stary, pogarbiony Chińczyk, czy ogromny, dwumetrowy Murzyn w naciagnietym na oczy kapturze. I nie ma znaczenia lokalizacja - z taka sama serdecznoscia spotyka sie w metrze, centrum finansowym, "deptaku" na glownej ulicy, greckiej dzielnicy czy tez ChinaTown... Wszedzie tam mozna sie czuc milo i bezpiecznie.
Dobrze, ze ludzie sa tacy mili. Kanadyjczycy sa jak skandynawowie: mili, grzeczni, usmiechnieci. Wystarczy przypadkiem spotkac sie z kims wzrokiem, a od razu usmiecha sie, mowi "hi!" - niezaleznie czy jest to mloda dziewczyna, stary, pogarbiony Chińczyk, czy ogromny, dwumetrowy Murzyn w naciagnietym na oczy kapturze. I nie ma znaczenia lokalizacja - z taka sama serdecznoscia spotyka sie w metrze, centrum finansowym, "deptaku" na glownej ulicy, greckiej dzielnicy czy tez ChinaTown... Wszedzie tam mozna sie czuc milo i bezpiecznie.